Słuchane bez dźwięku

Czasem tak właśnie się zdarza. Ten od teledysku bywa w pracy, w miejscach publicznych albo w takich, w których mile widziana jest cisza. A ktoś przysyła mu materiał z dźwiękiem. Filmik, reklamówkę, teledysk. Ten od teledysku odpala go, czasem nieświadom, co zaraz nastąpi i ogląda te wszystkie ruchome obrazki jak oglądali podobne ludzie sto lat temu. Bezdźwięcznie. Tak do tego przywykł, że czasem nawet teledyski ogląda przez choćby i dwadzieścia sekund, albo i dłużej, jeśli obrazki okażą się fajne, albo po ekranie gania wyjątkowo ładna pani. Że nie ma to sensu? A co ma?

 

Weekend znów spędził w innym mieście, a nawet zupełnie innej jego części niż ta, którą poznała cała Polska. Bo w centrum naburmuszeni obrońcy tego, co było zawsze i dlatego powinno być jak zawsze starli się z tęczowymi. Zagrały armatki wodne, zahuczały granaty hukowe. Brat Tego od teledysku, który przyjechał razem z nim, ale w zupełnie innym celu, pojawił się w okolicy tych marszy i kontrmarszy. „Debile” – skomentował, choć bliżej mu na prawo niż na lewo i może nawet wzniósłby parę okrzyków, ale na widok stada obrońców normalności zrobiło mu się głupio. To swoją drogą cenna konfuzja dla nas wszystkich, z dowolnej strony, gdy widzimy co z poglądów robi nieopanowanie w ich wyrażaniu. Nie chodzi o to, by się wstydzić naszych przekonań, ale by umieć je wyrażać nie poniżając samego siebie. To niewiele, ale jakiś początek, po którym, być może, zaczniemy w innych dostrzegać ludzi. I to tak, że słowo „człowiek” też nie zabrzmi wstydliwie.

 

Kiedy brat Tego od teledysku odczuwał dyskomfort i może nawet zawstydzenie (a na pewno zagniewanie na „debili”) Ten od teledysku, choć w tym samym mieście, jednak tak daleko, że nie słyszał nawet ech granatów hukowych, siedział na prelekcji albo panelu, albo przy piwie. Jeśli przy piwie, to może właśnie w tym samym czasie dowiadywał się od Koguta, że jego córka postanowiła zostać synem, że zaczyna właśnie kurację hormonalną a rodzina musi sobie z tym jakoś poradzić. Dzień później, siedząc przy wielkim garnku orzechów, z widokiem na dom i sad, Ten od teledysku znów słuchał opowieści rodzinnej, tym razem o córce, która wbrew radom rodziców postanowiła uciec z rodzinnej miejscowości do Krakowa. „Historia się powtarza” – wzdychała jedna z tych ciotek Tego od teledysku, które przyczyniły się do zbudowania rajskiej legendy jego, i nie tylko jego, dzieciństwa. A potem dodała, że odkąd córka rzuciła studia w Rzeszowie i przeniosła się do chłopaka w Krakowie, w którym sama chyba jednak nie wie co zamierza robić, kontakty między matką i córką trochę osłabły.

 

A jeszcze dwa dni wcześniej, jeden z nielicznych ludzi, z których Ten od teledysku ma, lub właściwie miał kiedyś „kosę” zagaił do niego, z wieczora, gdy oczekiwali na taksówkę, do której zaprosiła Tamtego dziewczyna, którą z kolei zaprosił do taksówki ten od teledysku.

„Piszesz coś?” – zapytał.

„Bez ustanku” – odparł szczerze Ten od teledysku, który nawet podczas przywpiwnych dyskusji dwie godziny później omawiał przez komunikator szczegóły któregoś tam pisanego komiksu.

„Ale czy piszesz dla nas?” – uściślił tamten.

„No i co mu odpowiedziałeś” – zainteresował się dzień później Mały Bokser, z którym Ten od teledysku podzielił się jeszcze inną wieścią. Że być może zaplącze się znacząco w reaktywację czasopisma, które dla Tamtego stanowiłoby rodzaj konkurencji.

„Na razie nic. Nie chciałem odkopywać topora wojennego, nim stary został jeszcze porządnie zakopany.”

 

Taki to weekend. Dużo gadania, mało słuchania. Obrazki. Rudy psi przybłęda na tle chałupy pobielonej wapnem, orzechy i stada gołębi. „Ostatnio pojawił się jastrząb” – westchnął wujek. Kogut piękny jak z ilustracji bajki przyszedł popatrzeć co to się dzieje. Koty ścigały siebie nawzajem i kury. Słońce dopiekało zupełnie nie październikowo. „Jak to, podpisujesz umowy na książki?” – dziwiła się ciocia. – „I masz terminy? A co z natchnieniem?”. Armatki wodne, granaty hukowe, piwo, taksówkarz, który bał się podwieźć pod hotel, bo mieli tam z nim na pieńku, piękne dziewczyny w Perłowej z niekoniecznie pięknymi mężczyznami, zapiekanki z fódtraków na śniadania, sielska wieś i rodzina zaskoczona przybyciem, potem zboczenie z drogi by choć na chwilę przystanąć, rzucić okiem na dom z legend własnej matki i swoich o dzieciństwie jak z bajki i przyjaźniach bez końca, potem droga pod czerwono zachodzące słońce w ciemność miasta. Dużo rozmów, dużo zastanowień, trochę uniesień. Trzy dni przed powrotem w wielką głuszę pracy.

 

Muzyka chyba niepotrzebna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s