po pocztówkach

Nocne zwiedzanie miasta powinno mieć własny rytm, niechby nawet był rwany dziko, niechby roztrzaskiwał harmonię. Byleby nie zgubić kroku, nie ogarnąć się nagle w samym środku nigdzie, dokąd doszło się w mgle opatulającej umysł. Byleby się tylko nie obudzić w jakimś nigdzie z jakimś nikim. Byleby siebie samego źle nie zaskoczyć. 
Jeśli nocne zwiedzanie ma swój rytm, wszystko idzie dobrze.
Można zacząć w czeskiej, lekkim piwem o nienarzucającym się smaku, łagodnym i przyjemnym. Siedzi się tam z Rudym i Bolem, kelnerka przynosi kolejne piwa. Potem Bolo uruchamia festiwal przystawek i przebiegają przez stół sery marynowane i przysmażane, bułki i grzanki, coś z warzyw, coś z mięs. Bolo ogłasza wreszcie, że jeśli zaraz nie przybędzie na dawno umówione domowe spotkanie, to już jego żona się postara, by dzieci nie zobaczyły więcej ojca. Rudy i ten od teledysku trochę się pośmieją na to. Rudy trochę głośniej, bo on swoją żonę wysłał na wakacje. Po jedenastej ona zacznie pisać do niego smsy.
Na razie ruszają dalej. Znajdują maleńki stolik w Omercie i wypijają przy nim dwa nieznane im dotąd piwa. Na nic nie patrzą, rozmawiają o bzdurach i uciekają do Hawany, gdzie trafiają na entuzjastycznego stałego klienta, który opowiada im o dawnych czasach i pokazuje zdjęcia minionych barmanek. Obecni barmani, dziewczyna o imieniu, którego niesłusznie nie lubi i chłopak, którego imię nie zainteresowało Rudego i Tego od teledysku, szepczą: "Pomóżcie nam. Zabierzcie go od nas". Wędrownicy na chwilę dadzą się porwać nieszczęśnikowi, a on im poopowiada o bliznach na barze i o czymś jeszcze, co rychło zapomną.
Potem dwa bączki przy Mostowej, jakaś rozmowa z barmanem i skok kładką przez rzekę, przez chmary owadów, tony kłódek, rzęsiste strumienie turystów przemieszczających się między knajpami. Teraz są już w innej dzielnicy, tu trzeba zamówić taksówkę i pospać, jeśli jutro mają trafić do restauracji polecanej im przez Bola.
Spotykają się tam. Rudy co chwilę wychodzi zapalić, a wtedy pozbawiony towarzystwa Ten od teledysku gapi się na plakat przedstawiający obfite ale zgrabne damskie pośladki obciągnięte kusymi spódnicami. Uznaje, że zdjęcie pasuje do klimatu włoskiej knajpy. Jej właściciel wykrzykuje trochę po włosku, trochę po polsku wyrazy jowialnego zachwytu przybywaniem klientów. Blondwłosa, zdecydowanie polska kelnerka, uśmiecha się do wszystkich, a kucharz o twarzy jak rozpacz sumienia mafiosa wychyla się czasem z kuchni, by zagadać coś chrapliwą odmianą włoskiego. Sycylia w żydowskiej dzielnicy. Jest pysznie. Zapewnią o tym tego korpulentnego właściciela, on ich poklepie po ramionach, coś tam krzyknie za nimi. Oni już prawie biegną wypić po dzikim piwie nad rzeką. Nie wolno tego robić, miasto nie pozwala na takie wybryki. Ale oni tak lubili te wieczorne letnie piwa nad rzeką! Siadają więc tam, gdzie kiedyś napastował ich młody jeż i gapią się na rzekę, balon nad miastem, na samo miasto – ciemne kontury kamienic, podświetlone kościoły i zamek, od którego jaśniejszy jest tylko drażniący telebim na barce. Pójdą tam, rozłożą leżaki i pogapią się trochę na rzekę legalnie. Rudy na nowo odkrywa miasto. Wiele w nim przegapił przez kilka lat nieobecności.
Chcą siąść przy barze knajpy o całej masie piwnych tytułów, ale tę już zamykają ku oburzeniu Rudego. Co im pozostaje? Idą do Psa. Pies oczywiście jest otwarty, ale nic nie dzieje się w nim tak wcześnie. Wypijają po małej wódce z dużym lodem i zmartwieni opuszczają lokal. Tu należy przychodzić najwcześniej o drugiej w nocy. I raczej w sobotę niż w niedzielę. 
Wracają na bardziej znane sobie tereny łowieckie. Rudy jest głodny, ale zrobiło się naprawdę późno i nawet placówki "idź sobie Asiu" są już pozamykane. To niedziela, a kiełbaski i najbardziej oblegane zapiekanki, które mogłyby być otwarte, nie funkcjonują w niedziele. Zestresowany Rudy idzie do otwartej trzy dni wcześniej modnej knajpki, którą upierali się wzgardzić by nie ulegać hajlajfowi. Wsuwa tam śledzie i galaretkę labidząc nad upadkiem świata. Ten od od teledysku odnajduje się niespodziewanie w rozmowie z niemieckim śpiewakiem operowym, który zwiedza miasto samotnie. Gdy Niemiec idzie szukać swoich znajomych, Ten od teledysku i Rudy sięgają po kieliszki, noc zaczyna gubić rytm, robi się szósta rano. Ten od teledysku odmawia taksówki, bo chce stanąć na moście i machnąć komórką kilka portretów świtu, gdy ten wspina się na mosty. Wychodzą mu kiczowate tak, jak kiczowaty potrafi być świt. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s