nieco bliżej piekła

Pewnego dnia Ten od teledysku uderzył się boleśnie w palec o drzwi, które nie otworzyły się dostatecznie szeroko. Palec był mały, za to ból wielki. Różne są rodzaje bólu, ten należał do gatunku przypominających o czymś.
Kiedy więc Ten od teledysku skończył złorzeczyć pokoleniom stolarzy i zebrał się z podłogi, otworzył jedną z szafek i sprawdził papiery, po czym oświadczył przestrzeni: "Acha!".
Ponieważ zaś ból to jedna z tych rzeczy, którymi lubimy dzielić się z ludźmi jak mało czym, wziął dzień wolnego i pobiegł do dwupiętrowego budynku, którego betonową szarość burzyło tylko kilka czerwono – białych tabliczek. Znalazł tam właściwy pokój i nawet właściwego człowieka, któremu dość cierpliwie tłumaczył w czym rzecz. I nawet dość długo wysłuchiwał jego znużenie pokrętnych odpowiedzi, aż wreszcie nie wytrzymał – chwycił tamtego za poły marynarki i przycisnął do ściany wywarkując:
– Do cholery, jest listopad! Mieliście czas do pieprzonego lipca, żeby przysłać mi zwrot nadpłaconego podatku! Gdybym ja tyle zwlekał, jużbyście mnie dopadli i zesłali na galery, żebym odrabiał odsetki wiosłując jakimś pieprzonym transatlantykiem! Ale kiedy wy, cholerni dranie, wisicie mi kasę, to oczywiście nic takiego! Żaden z was nie skończy batożony do rytmu pod transatlantycznymi basenami, leżakami i dwudziestoma restauracjami dla zasuszonych damulek i ich znerwicowanych mężów, nie? Jesteście takie wasze macie ponad własnymi prawami!
Jak wszyscy, którzy wolą wrzeszczeć zamiast mordować wyładował swoją wściekłość decybelami i opadł na krzesło pamiętające jeszcze jak siadał na nim kuzym Gierka.
– Ja pana rozumiem, nawet – wydusił z siebie facet zza biurka odklejając się od ściany. Masował ręką gardło. – Zapychamy panu skrzynkę pismami i upomnieniami, a potem okazuje się, że wszystko jest jakie jest. Ale wie pan co? Pan i inni panu podobni raz do roku musicie przyjśc tu złożyć zeznanie podatkowe i to wszystko. Czasem zachce wam się czegoś więcej i będziecie wtedy ganiać po wszystkich tych urzędach, których nienawidzicie i w których my nienawidzimy was, bo dokładacie tylko własne wielotonowe cegły do naszych papierowych piramid. Nie, ma pan rację – nikt mnie nie wybatoży na galerze. Ja tylko całymi dniami zapierdalam na pieprzonej pustyni targając kamole dla faraona!

– Nie musi pan krzyczeć.

– Nie musi się pan wymądrzać! Ile pan tu spędza czasu? Kwadrans? Godzinę? I już nie może pan wytrzymać całego tego olewactwa i wielkiej niemożności? A ja tu siedzę osiem godzin dziennie, wie pan? Osiem godzin po pięć dni w tygodniu razy cztery tygodnie miesiąca razy dwanaście miesięcy w roku gapię się na ludzi, którzy nic nie mogą, patrzę, jak przerzucają między sobą najbłachsze czynności i pocą się z pragnienia, żeby mieć to wszystko wreszcie za sobą. Widzę jak piękne dziewczyny puchną od tego wielkiego nic nierobienia, jak im się oczy podkrążąją od wysiłku zwalania choćby kliknięcia w klawiaturę na innych, jak to wszystko się miesza, zapieka i nakręca w wielkim garncu wszystkich rzeczy, których nie da się zrobić. O zapewniam pana, że nikt tak nie nienawidzi biurokracji, jak urzędnicy! Dla was jest ona tylko niedogodnością, a dla nas cholernym życiem! Pan się powścieka i stąd wyjdzie. Pewnie opowie pan znajomym jaka to wszystko bucówa, a oni pana zrozumieją, bo każdy ma na koncie przynajmniej jedno takie piętnastominutowe doświadczenie. A ja tu zostanę z całym tym kosmosem niemożności, w którym każdy z nas zdaje sobie sprawę z głębokości syfu, w jakim tkwimy ale prędzej będziemy recytować przez tydzień litanie powodów, dla których nie warto ruszyć choćby palcem, niż spróbujemy choć zetrzeć kurz z biurka. Bo to już w nas jest, rozumiesz pan? Mamy kurz zamiast krwi, wykręty sporządzone wedle stosownych wzorów zamiast woli i gąbkę z tuszem pod pieczątki zamiast mózgu. I kiedy zamkną się za panem drzwi ja o panu zapomnę i pan o mnie zapomni, ale pan tylko otrze twarz z potu, a ja będę dalej siedział  tych kilka stopni niej niż pan, nieco bliżej piekła. Więc możesz pan się drzeć, możesz pan pisać na mnie skargę, która i tak trafi do rozpatrzenia na moje biurko, bo jak coś ma moje nazwisko albo numer, przysyłają mi to nie patrząc nawet na tekst. Rób pan co chcesz. I ciesz się pan życiem na tych swoich galerach.
Ten od teledysku odczekał chwilę, a potem podetknął mężczyźnie kwitek, mający świadczyć, że był tu i złożył wszystko, co było niezbędne do złożenia.
– Oczywiście – powiedział mężczyzna zza biurka przybijając pieczątkę. – Osobiście zadbam o wszystko! Zajmiemy się pańską sprawą w pierwszej kolejności.
– Oczywiście – skinął głową Ten od teledysku.
Wymienili się gasnącymi spojrzeniami, a potem Ten od teledysku wyszedł, a mężczyzna zza biurka został.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s