bez bastylii

Każdego czternastego dnia miesiąca, Szałapach upija się cicho i spokojnie w jednym z swoich dwóch pokojów. Ten od teledysku dowiedział się o tym, gdy, w pewien czwartek, Inka wskoczyła mu na monitor, rozłożyła się na nim, pozwalając swoim łapom zwisać luźno nadekranem i nie tracąc czasu na jakikolwiek porozumiewawczy gest, zasnęła. Do tego jeszcze Ten od teledysku był przyzwyczajony – Inka polubiła jego monitor od początku ich znajomości. Zdziwił się więc dopiero, gdy nadeszła godzina, o której zwyczajowo zmiatał z swojego biurka cały zalegający na nim bałagan na półkę przeznaczoną wedle zamysłu producentów na klawiaturę, a Inka nadal spała. Pamiętając, że według starego prawa miejskiego, sąd łaskawiej traktował tych, którzy dokonali mordu gwałtownie przebudzeni, Ten od teledysku starał się zachować jak najdalej posuniętą ostrożność, kiedy dotykał kociego łba.
Spojrzano na niego w odpowiedzi żółto i bez życzliwości.
– Nie chciałbym przeszkadzać – bąknął skonfundowany Ten od teledysku – ale zakończyłem pracę i wychodzę. I muszę zamknąć pokój, ponieważ można ukraść z niego któryś z starych monitorów, komputerów, lub coraz trudniej radzącą sobie z życiem, ale robiącą wszystko, co w jej mocy, drukarkę.
Kocica ziewnęła i zamknęła oczy. Ten od teledysku westchnął, zgadzał się, że właściwie nie ma czego kraść, a najcenniejszy w jego pokoju jest widok za oknem. Mimo to, musiał pokój zamknąć. Ryzykując więc życiem, wziął Inkę na ręce i zaniósł do Szałapacha.
Drzwi zastał zamknięte, co zdziwiło go o tyle, że Szałapach nigdy drzwi nie zamykał.
Doszło do pukania, szarpania za klamkę, zniecierpliwionego miauknięcia, westchnięcia, po których to, Szałapach odezwał się wreszcie, życząc wszystkim, którzy stoją pod jego drzwiami, żeby sobie, z łaski swojej, poszli do diabła.
W takich to okolicznościach, Ten od teledysku dowiedział się, że Szałapach nie tylko był kiedyś żonaty, ale też, że żona odeszła od niego trzy lata wcześniej. Czternastego, oczywiście.
– Nic mnie nie boli – wyjaśnił na drugi dzień Szałapach odbierając Inkę, która nie wykazywała najmniejszej ochoty do towarzyszenia mu w piciu. – Ani jej nie kocham, ani nie wspominam.
Ten od teledysku spróbował unieść pytająco brew, ale zupełnie mu to nie wyszło.
Gest został jednak dostrzeżony i doceniony przez Szałapacha.
– Piję co miesiąc, bo tak robiłem po jej odejściu.
– Taki rytuał – pokiwał, ze zrozumieniem głową Ten od teledysku.
– A skąd! – zaprotestował Szałapach. – Rytuał przeprowadza się, aby coś się stało, albo nie stało. A ja to robię… Robię to, bo robiłem to od trzech lat i tak mi już zostało.
Ten od teledysku na wszelki wypadek niczym już nie kiwał, nie odzywał się, tylko oddał Inkę i odszedł.
– Nie wierzysz mi? – zdenerwował się za jego plecami Szałapach.
– A co mam nie wierzyć? – odparł Ten od teledysku. – Jasne, że wierzę.
– Bo kobiety mi nie wierzą – wyjaśnił Szałapach i odszedł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s