W żadną inną noc nie wysypia się Ten od teledysku smaczniej niż w tą oddzielającą niedzielę od poniedziałku, w który nie trzeba iść do pracy. Nie ma słodszego snu, niż ten, który może trwać o godzinie, w której zwykle trzeba już zasuwać przełykając pospiesznie przygotowane śniadanie. W wolne poniedziałki zastępują je bogate kanapki, tak przyrządzone, jak i przygotowane spokojnie, z uwagą, nie w okolicach świtu, ale gdy apetyty zdąży już wzrosnąć po przebudzeniu. I nawet zasypia Ten od teledysku inaczej w niedzielę poprzedzającą wolny poniedziałek, niż we wszystkie te pierwsze dni tygodnia, które naznaczyło już fatum powszedniości, myśl o konieczności przedwczesnej pobudki.
A jednak, myśli Ten od teledysku, czy mógłbym spać równie smacznie, gdybym otrzymał hojny spadek, albo wygrał na loterii sumy wystarczające mi na życie bez pracy? Ile radości byłoby w poniedziałkowym śnie, gdyby ów poniedziałek nie został wydarty niewoli nużącego obowiązku? Jeśli jest więc jakiś pożytek z pracy Tego od teledysku (nie licząc umacniania umowy społecznej), to właśnie ten, że niektóre poniedziałki stają się świąteczne a niedziele spokojniejsze.
A wolny poniedziałek przyczynia się do myślenia o wyjątkach, jako dowodowi, że bunt od czasu do czasu przynosi ukojenie.